To brzmi absurdalnie. Dwie łazienki. Żaden z nich nie zadziałał.
Nie dlatego, że zepsuła się instalacja wodno-kanalizacyjna, ale dlatego, że byli przytłoczeni bagażami i torbami z zakupami. Ta krajowa katastrofa logistyczna, do której doszło 13 lipca podczas lotu prywatnym odrzutowcem, jest przedmiotem federalnego pozwu. Sprawa dotyczy Stephanie Bojar, byłej stewardessy i Matthew Danzeisena, męża technokraty-miliardera Petera Thiela. Twierdzi, że rzucił w nią ciężkimi torbami. Twierdzi, że próbuje wyłudzić od nich pieniądze.
„To, że masz bogactwo” – mówi Elling Jung, prawnik Bojara – „nie daje ci prawa do krzywdzenia ludzi”.
Bojar twierdzi, że lot z Idaho do Waszyngtonu był chaotyczny. Bagaż rodziny Thiel przybył w dwóch przesyłkach zamiast w jednej. Załoga, w tym pilot Bojar, musiała wszystko ładować ręcznie. Łazienka na tyłach była wypełniona torbami. Przednia służyła do przechowywania żywności dla prywatnego szefa kuchni. Dla pasażerów nie było już miejsca.
Danzeisen potrzebował toalety dla jednego ze swoich dzieci. Jego zdaniem pięciominutowe oczekiwanie jest nie do zaakceptowania.
Bojar twierdzi, że odepchnął ją na bok. Następnie rzucił kilka ciężkich toreb. Jeden uderzył ją w nogę i kostkę, drugi w stopę. Została rzucona na bok samolotu i upadła na podłogę w kokpicie, doznając urazu i oszołomienia. Następnie Danzeisen rzucił torbę z zakupami na stos, rozsypując jedzenie na dywan i zamknął drzwi łazienki, w której znajdowało się dziecko. Zachowywał się, jakby nic się nie stało. Kapitan musiał zdjąć jej torby.
Później rezonans magnetyczny ujawnił naderwanie ścięgna w kostce Bojara. Wymagała operacji.
Danzeisen przedstawia zupełnie inną wersję wydarzeń. Mówi, że na kolanach wyjmował torby z miękkiego materiału, aby jego dziecko mogło wejść na teren obiektu. Twierdzi, że widział to pierwszy funkcjonariusz i niania. Według niego torba mogła przypadkowo dotknąć jej nogi i nic więcej. Żadnego pchania. Żadnego ataku. Tylko drobny dotyk, który Bojar zmyślił, zamieniając się w „poważną kontuzję” w imię pieniędzy. Twierdzi, że powiedziała innemu pracownikowi, że ma nadzieję, że Peter Thiel zauważy jej utykanie.
Bitwa prawna rozpoczęła się, zanim incydent został całkowicie rozstrzygnięty. W maju Danzeisen złożył pozew zapobiegawczy. Poprzednie żądanie Bojara nazwał „kampanią wymuszenia”. W swojej skardze zwraca się do sądu o nałożenie zakazu rozpowszechniania informacji. Chce ją uciszyć, powołując się na naruszenie umowy o zachowaniu poufności. Twierdzi także, że otrzymała już odszkodowanie z ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków przy pracy. Po co płacić dwa razy?
We wtorek Bojar odpowiedział pozwem wzajemnym. Wprowadziła do miksu Thiela Capitala. Pozywa za pobicie, napaść i cierpienie emocjonalne. Odrzuca pogląd, że Danzeisen jest jej pracodawcą, co ograniczałoby jej prawa do odszkodowania jedynie z ubezpieczenia wypadkowego. Jeżeli nie jest on pracodawcą, roszczenie pozostaje ważne. Twierdzi, że Thiel Capital kontrolował lot i ignorował ostrzeżenia dotyczące zachowania Danzeisena.
Michael Duff, profesor prawa na Uniwersytecie w St. Louis, nazywa te fakty dziwnymi nawet w przypadku pytań egzaminacyjnych.
„Moi uczniowie pomyśleliby, że posunąłem się za daleko, gdybym przedstawił im te fakty”.
Według Bojara nie był to odosobniony przypadek. Twierdzi, że istniał wzór przemocy. Pracownicy ostrzegali ją, że Danzeisen jest „zazdrosny”. Powiedzieli jej, żeby nie rozmawiała z Thielem ani ich dziećmi. Otrzymywała powiadomienia SMS o jego wahaniach nastroju. Według doniesień inny steward odszedł po tym, jak prawie uderzył go widelcem.
Kto zatem kłamie? Stewardesa czy inwestor venture capital? O tym zadecydują sądy. Danzeisen nazywa to szantażem. Bojar nazywa to sprawiedliwością za atak. Samolot wystartował. Worki zostały załadowane. Ktoś został ranny.
Prawda pozostaje w aktach sprawy.
